Mikołaj Stroiński
Rozmowy

Mikołaj Stroiński gości u Skrzypczyni! [wywiad]

Mikołaj Stroiński. Polski kompozytor mieszkający w pędzącym Los Angeles. Gdyby nie ten fantastyczny gość, muzyczny świat fantasy w grze Wiedźmin 3 wyglądałby zupełnie inaczej. 

Zapraszając Mikołaja do rozmowy, obiecałam, że nie będę wypytywać po raz setny o Wiedźmina, o którym opowiadał już wielokrotnie w wywiadach. To tylko jedna z jego wielu doskonałych produkcji, a mnie ciekawi sam proces twórczy i cała otoczka podczas pracy nad przekształcaniem pomysłu w dźwięki. Twórca muzyki w filmie, grze czy reklamie nie musi być cichym bohaterem, czającym się w ukryciu. Mikołaj Stroiński jest tego świetnym przykładem. Mogłabym się rozpisywać na temat sukcesów, nagród, wielkich kontraktów… ale po prostu – pogadajmy!

 

– Opowiadasz poprzez muzykę; w ilustracyjności, powiedzmy po gamersku, osiągnąłeś level hard. Aby stworzyć jakąś historię z samych dźwięków, musisz odpowiednio odczytać emocje i intencje, które tworzone są w animacji – tak, jak na przykład tu:

Od czego zaczynasz, kiedy po raz pierwszy spotykasz się z bohaterem gry lub filmu na ekranie?

– Tworząc ścieżkę dźwiękową, pracuję z dziełem na co dzień, poznając je bardzo dobrze w miarę upływu czasu. Staram się jednak podchodzić do niego z tą samą uwagą, jak na początku. Ważne jest dla mnie pierwsze wrażenie, to, jak zareaguję na historię i jej bohaterów, gdy pierwszy raz wcisnąłem przycisk play. W dużej mierze determinuje ono to, co później wyjdzie spod moich rąk jako kompozytora. Etap researchu jest bardzo głęboki i myślę, że powinien stanowić podstawę pracy.


– Który etap pracy nad kompozycją jest najtrudniejszy, gdzie zapada najwięcej kluczowych decyzji?

Sam początek, kiedy zapoznaję się z produkcją, do której mam stworzyć muzykę. Poznaję zarys akcji, bohaterów, tworzy się klimat… szukam inspiracji, zaczynam planować linię melodyczną, poszczególne składowe i instrumenty. Zastanawiam się, w którym momencie podkreślić nastrój grozy (przykładowo, gdy gracz wchodzi na cmentarz i powinien się bać), a kiedy sprawić, by muzyka schodziła na dalszy plan, będąc jedynie tłem wydarzeń.

Bardzo wymagający jest również sam koniec projektu. Szlifowanie szczegółów i nadzór końcowych mixów. Dochodzi do tego również często ogólne zmęczenie po wielu tygodniach pracy.


– Czy masz coś na kształt własnej skali, według której tworzysz odpowiednie brzmienia? W dynamice mamy piano, mezzoforte, forte… czy może w podobny sposób nazywasz te emocje, z którymi przychodzi ci pracować? Mówisz sobie: „ten motyw ma brzmieć mezzo-dramatycznie, a tamten piano-sielankowo”?

– Tak, na pewno można rzec, że mam skalę dramatyzmu muzyki, a nawet powiedziałbym: skale strachu – co w muzyce przekłada się na ilość dysonansów i poziom rejestrów. Używam tez skali słodyczy w muzyce. Nie mam tu na myśli słodyczy typu czekoladka, lecz raczej poczucia słodkości i takiego utulenia, jakie może dać muzyka. Jeśli chodzi o inne kolory, na pewno myślę o sielankowości, jeśli jest na nią potrzeba, ale nie poddaję jej żadnemu skalowaniu.


– Pracujesz czasem z niestandardowymi dźwiękami, na przykład „grasz” rykiem dinozaura czy odgłosami palącego się ogniska?

– Zdarza mi się. Chodzi ci zapewne o tzw. Sound-Design, który jest bardzo ważna częścią mojej twórczości. W szczególności, odkąd zatopiłem się w tematyce syntezy dźwięku. Syntezatory są idealnymi instrumentami do naśladowania właśnie dinozaura lub ogniska. Bardziej jestem jednak znany z operowania instrumentarium klasycznym. Myślę, że to się będzie jednak zmieniać.


– Jak często pracujesz wyłącznie z muzyką stworzoną komputerowo, a jak często udaje się zaangażować do współpracy zespół czy orkiestrę symfoniczną?

– Najczęściej łączę jedno z drugim. W tym roku będę miał prawdopodobnie 2-3 projekty, które zaproszą mnie do nagrań orkiestry. Większość dotychczasowych projektów to jednak komputer w połączeniu z mniejszymi zespołami.


– Wykonując Brahmsa czy Prokofiewa, możemy liczyć na to, że wystarczająco trafnie odczytamy ich intencje zawarte w partyturze. Na tyle dobrze, że nie będą oni przewracać się w grobach. Praca orkiestry z kompozytorem żyjącym współcześnie bywa… specyficzna i bardzo intensywna, jeśli uczestniczy on w próbach i nagraniach. Doglądasz pracy orkiestry podczas prób, sugerujesz jakieś kwestie wykonawcze na bieżąco?

– Myślę, że monitorowanie wykonania jest niezbędne, w szczególności, jeśli ma się do czynienia z większą ilością instrumentów lub chce się osiągnąć coś nietypowego. Bardzo dużo daje więc eksperymentowanie z żywym brzmieniem. Można napotkać pomysły, które nie przyszłyby do głowy bez instrumentalistów.


– Musimy chwilę porozmawiać o skrzypcach, bo ten temat przecież interesuje mnie najbardziej. Czy pisanie partii skrzypiec, kiedy tworzysz coś na orkiestrę, to raczej początkowy czy końcowy etap?

– Jeśli chodzi o skrzypce, to są najczęściej dwa scenariusze. Pierwszy jest taki, że zaczynam od kompozycji melodii i robię to z założeniem, że będzie właśnie na skrzypce. Drugi jest taki, że komponuję na fortepianie, jako że jestem pianistą – i wtedy harmonia, rytm, dynamika i melodia powstają razem. Są przypadki, że dam taką melodie skrzypcom, ale oczywiście nie zawsze. Decyzja, czy dać melodie skrzypcom, czy innemu instrumentowi powstaje w początkowych fazach kompozycji. Dyktuje ją oczywiście również obraz i rodzaj projektu.


– Domyślam się, że w Los Angeles masz na wyciągnięcie ręki całą śmietankę światowej klasy muzyków. Czy jest wśród nich jakiś świetny skrzypek, któremu wróżysz wielką karierę?

– Skrzypkowie, z których talentu korzystam w Los Angeles, są już bardzo spełnionymi muzykami. Grają z największymi gwiazdami i bardzo często z Los Angeles Philharmonic. Zasada jest taka: jeśli instrumentalista ma się utrzymywać ze swojego fachu,  to musi być bardzo bardzo dobry. Dodatkowo ci ludzie mają niesamowite People Skills – są przemili.


– Życie w USA niejako zmusiło cię do posługiwania się prostszą wersją swojego imienia (ze względu na problematyczne „j”, pozostał Mikolai). Z jakimi jeszcze zmianami mierzysz się, żyjąc i tworząc w Los Angeles?

– Myślę, że zmiany, które pozwoliły mi na życie i zarabianie w Los Angeles już we mnie zaszły – mieszkam w Ameryce od 2001 roku, więc wiem,  na czym polega ta kultura i mentalność ludzi. Były to zmiany trudne i bolesne, jednak bardzo przydatne i jestem wdzięczny losowi, że przez nie przeszedłem. Na pewno otworzył mi się umysł. Poddany zostałem klasycznemu wykształceniu pod tytułem podróże kształcą. Człowiek zaczyna rozumieć, jak wielki i zróżnicowany jest świat w takim miejscu jak Ameryka, ponieważ zjeżdżają się tam ludzie zewsząd. Oczywiście będąc w LA nie myślę po polsku, lecz po angielsku. Gdy wracam do Polski i mam dojechać samochodem w najbardziej nawet odległe miejsce w Warszawie, nie stanowi to dla mnie żadnego problemu – zahartowałem się w korkach i wielkich odległościach Californi. Ogólnie jestem szczęśliwy będąc zamerykanizowanym Polakiem. Dużo mi to dalo.



Mikołaj Stroiński
Mikołaj Stroiński, źródło: http://mikolaistroinski.com/

– Ukończyłeś Akademię Muzyczną w Katowicach oraz Berklee College of Music w Bostonie. Jak wspominasz te studenckie czasy? Czujesz, że któryś z poznanych w tym czasie profesorów szczególnie mocno na ciebie wpłynął i ukształtował twoją muzyczną osobowość?

– Miałem przede wszystkim cztery podstawowe ścieżki edukacyjne w muzyce. Na początku miałem wspaniałego nauczyciela gry na fortepianie, Wojciecha Kamińskiego. Później dostałem się na Akademię Muzyczną w Katowicach, gdzie Wojciech Niedziela pracował nad moimi voicingami i harmonią. Następną była uczelnia Berklee College of Music. Tutaj jazzowo najbardziej rozwinął mnie Ray Santissi, Laszlo Gordony i Ed Tomassi – wszyscy trzej to geniusze o nieskończonej, wydaje się, wiedzy muzycznej. W dziale muzyki filmowej prowadził mnie przemiły i bardzo dobrze uczący Don Wilkins, który wówczas był dziekanem. Po Berklee nastąpiła praca.

Każda z tych stacji edukacyjnych była wspaniała na swój sposób, ale jednocześnie każda kolejna była wielokrotnie bardziej zaawansowana niż poprzedni etap edukacji. Dostałem się do Akademii Muzycznej w Katowicach na wydział jazzu, fortepian jazzowy i później naturalnym dla mnie krokiem była Berklee College of Music w Bostonie, która uchodziła i uchodzi za świetną szkołę jazzową. Od kiedy na dobre odkryłem tę muzykę i wsiąkłem w nią całkowicie, po świecie rzucała mnie pasja prawdziwego zgłębiania muzyki, nie sama kariera. Katowice były jedynym miejscem, gdzie można było na poważnie studiować jazz. To dla mnie pierwszy przystanek. Drugi to właśnie Berklee. W momencie, w którym z jazzu zacząłem się przerzucać na kompozycję filmową, koniecznością okazało się wybranie Los Angeles na nowy dom.


– W jaki sposób słuchasz muzyki? Jesteś krytycznym słuchaczem?

– Muzyki słucham przede wszystkim zawodowo, bo czas na słuchanie jej dla przyjemności mam tylko podczas sprzątania i prowadzenia auta.  Oprócz jazzu, na którym dorastałem, bardzo lubię progresywnego rocka, np. Stevena Willsona. Zdarza mi się słuchać też muzyki w domu, gdy wieczorem wychodzę ze studia i siadam wraz z rodziną, by podsumować dzień. Leci wtedy zwykle jazz lub muzyka klasyczna. Muzyka towarzyszy nam też przy każdym śniadaniu.


– A jak wewnętrzny krytyk zachowuje się wobec ciebie samego i własnych produkcji, kiedy wracasz do nich po latach? Łapiesz się za głowę, klnąc w myślach, że zrobiłbyś to dzisiaj zupełnie inaczej, lepiej?

– Jako że jestem raczej typem, który częściej patrzy w przód niż w tył, raczej się nad tym nie zastanawiam. Wszystko, co zrobiłem, było kolejnym etapem mojego rozwoju jako twórcy, niczego się nie wstydzę, niczego nie żałuję. Sukcesy z przeszłości cieszą, ale żyję przede wszystkim tym, co jeszcze ma się wydarzyć.


– Zastanawiałeś się kiedyś, kim mógłbyś być, gdybyś nie został muzykiem?

– Zdecydowanie zostałbym psychologiem. Lubię ludzi i rozmowy z nimi, ciekawią mnie emocje. Myślę, że mógłbym być całkiem niezły w tym zawodzie ☺


Ankieta allegro con brio aż do samego finale

– Mam dla ciebie jeszcze kilka szybkich strzałów na sam koniec:

 

– Pierogi czy hamburger?

– Do niedawna – pierogi. Od niedawna – hamburgery.

– Piwo czy wino?

– Wódka.

– Nocny marek czy ranny ptaszek?

– Wybieram noc.

– Shakira czy Beyoncé?

– Alison Krauss!

– D-dur czy d-moll?

– d-moll.

– Spacer brzegiem morza czy wspinaczka górska?

– Spacer brzegiem oceanu, w końcu mieszkam w Los Angeles ☺


Mikolai! Mikołaju! To była inspirująca, wspaniała rozmowa. Dziękuję za poświęcony czas i życzę kolejnych światowych produkcji! 


Po więcej moich rozmów z ciekawymi muzykami zapraszam tutaj!

Do usłyszenia!