Rozmowy

Maciej Wojtas: „Śmiech to tylko przykrywka” [wywiad]

Być może nie wszyscy wiedzą, a nawet, jeśli wiedzą, to nie wierzą, że znany copywriter i twórca internetowy Maciej Wojtas jest również skrzypkiem. Swoją muzyczną edukację zakończył na etapie szkoły muzycznej II stopnia, ale nie oznacza to, że obraził się na skrzypce. Dzisiaj wyśpiewa mi wszystko, jak z nut!

Rozmowę z Maciejem Wojtasem czas zacząć!

 

Herbata stygnie zapada mrok, a pod piórem ciągle nic…

– Słowo i muzyka współistnieją bardzo blisko siebie. Jakie podobieństwa odnajdujesz w życiu copywritera i życiu muzyka?

Obydwie rzeczy są rzemiosłem, które czasami ociera się o sztukę. W obydwu chodzi o wywołanie emocji u odbiorcy. Z tym, że w muzyce łapie się człowieka oburącz za serce, a w copywritingu jedną ręką za serce, a drugą za portfel.


Wszystko jest na sprzedaż i nikt tego już nie zmieni. Wszystko ma swą cenę, nawet jeśli w to nie wierzysz…

– Czy stres w obu profesjach jest porównywalny? W jaki sposób radziłeś sobie z tremą jako muzyk, a jak dzisiaj reagujesz na przykład na ocenę swojej pracy?

Nie radziłem sobie wcale.

Pamiętam jeden publiczny koncert, kiedy ze stresu zacząłem grać coraz szybciej. No i na mecie byłem pierwszy. Sporo przed akompaniującym mi pianistą. Jakby tego było mało, w miarę upływu czasu centymetr po centymetrze odwracałem się plecami do skonsternowanej publiczności.

Albo egzamin końcowy z fortepianu w szkole I stopnia. Nie miałem w domu pianina, tylko taki mały keyeboardzik z kilkoma oktawami i na nim ćwiczyłem. Wchodząc na egzamin, nie zauważyłem, że siedzenie przy pianinie jest przesunięte jakieś 30 cm w lewą stronę. Położyłem dłonie w niewłaściwym miejscu na klawiaturze i zacząłem grać mocno basową wersję preludium Bacha. Żołądek ze stresu przewracał mi się na lewą stronę, komisja przewracała się ze śmiechu, a biedny Jan Sebastian – w grobie.

Jak reaguję na ocenę swojej pracy? Nie przywiązuję do tego większej wagi, bo nie traktuję copywritingu jako czegoś ważnego w moim życiu. To tylko sposób na zarabianie pieniędzy, który zrodził się z czystego przypadku.

 


Siedem dziewcząt z Albatrosa, tyś jedyna…

– Czy za twoim wyborem akurat skrzypiec jako głównego instrumentu stoi jakaś historia?

– Był rok 1985. Po egzaminie wstępnym dyrektorka zapytała, czy chcę grać na skrzypcach, wiolonczeli czy fortepianie. „Wiolon…co?” – zrobiłem wielkie oczy. Pierwszy raz słyszałem takie dziwne słowo. Po chwili przyniesiono mi z magazynu instrument tak duży, że spokojnie mógłbym w nim zamieszkać. Z mojej perspektywy to było prawdziwe monstrum.

Na pianino nie było nas stać, więc zostały skrzypce, które mnie i kolegom ze szkoły kojarzyły się z grą pajęczycy Tekli z bajki o pszczółce Mai. Czyli generalnie z siarą, żenadą i obciachem. Pamiętam, że strasznie śmialiśmy się z jej rzępolenia. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że to, z czego się śmiejemy, prędzej czy później nas dopadnie.


Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy; ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy…

– Ale jednak skrzypcowa przygoda skończyła się po szkole średniej. Nie nosisz w sobie żalu o to, że poświęciłeś kilkanaście lat życia na żmudne ćwiczenie gam i pasaży, a dzisiaj już z tego nie korzystasz?

– Długo nie mogłem się po tym pozbierać.

Do dziś mam wyrzuty sumienia, że zmarnowałem wysiłek rodziców i swój. Te kilometry, które kilka razy w tygodniu przemierzał tata, wioząc mnie na rowerze do muzycznej podstawówki. Dziesiątki kilometrów, które nabijałem codziennie, jadąc zatłoczonym pociągiem do i z liceum muzycznego. Wstawanie o nieludzkich porach. I wszystko jak krew w piach.

Chciałbym zdążyć zrobić coś, co sprawi, że to wszystko nie pójdzie na marne. A może już to robię, tylko o tym nie wiem? Może gdyby nie muzyka, nie potrafiłbym pisać?

 

 

 

 

Kiedy byłem małym chłopcem, hej…

– Jaki był mały Maciek? Naczelny i niepokorny organizator zabaw podwórkowych (patrz: Uniwersytet Kreatywności Macieja Wojtasa) czy raczej wycofany, cichy i nieprzejawiający liderskich zapędów, które dzisiaj jednak prezentujesz światu w grupie Jak zrobić wpis na bloga, żeby czytelnika wyrwało z butów?

– Najpierw byłem normalnym chłopcem. Z czasem stałem się samotnikiem. Grupę stworzyłem dla żartu i w na chwilę, bo nie wyobrażałem sobie liderowania społecznością. Nigdy nie chciałem niczemu przewodzić, nie jestem duszą towarzystwa. Znowu więc dopadło mnie to, o co się nie prosiłem :)


Nie zaczynaj, szkoda czasu! Nie wywołuj wilka z lasu! Tutaj czy na górze Synaj – nie zaczynaj! Nie zaczynaj!

– Czy jakakolwiek bystra polonistka wierzyła w twój talent do zabawy słowem?

– W szkole muzycznej nie zwraca się uwagi na takie pierdoły ;) Można być mistrzem słowa czy geniuszem matematycznym, ale jak zaliczasz egzaminy muzyczne na 4-5, zamiast na 6, to jesteś nikim.


Podobno każdy ma swój kawałek cienia – brak cienia jest dowodem nieistnienia…

– Przez swoje teksty bawisz, uczysz, wychowujesz, reklamujesz, opowiadasz, wzruszasz. Co cię dziś, jako dorosłego faceta, rozczula?

– Nie potrafię sobie przypomnieć czegoś konkretnego, więc pewnie wszystko :)


Majteczki w kropeczki łohohoho…

– Chałtura – rzecz święta – zwykło się mawiać w muzycznym światku. A jaki rodzaj pracy ze słowem mógłbyś określić mianem chałtury? Nie mam tu na myśli czegoś zrobionego byle jak, ale jednak stworzonego przy mniejszym wysiłku i wkładzie pracy niż standardowo. Zdarza ci się czasem pochałturzyć?

– Chciałbym i to bardzo, ale… nie potrafię. Do każdego zlecenia podchodzę jak do matury. To strasznie obciążające. Chociaż klientów to kręci.


Gdybym był bogaczem, daba dibu dabu dajdu dajdu dajdu dibu daj…

– Kolejne pytanie chwyciłam z półki tych banalnych, lecz problematycznych: jakie marzenie spełniłbyś w pierwszej kolejności, mając na koncie nieograniczone środki?

– Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnych „normalnych” marzeń. Żadnych czerwonych ferrari, wycieczek dookoła świata czy willi z basenem. Na studiach archeologicznych wiele razy na własne oczy przekonywałem się, jak marne i w sumie nic nie znaczące jest to wszystko, za czym ludzie dzień w dzień się uganiają. Paradoksalnie, jako copywriter zmuszam ich do tej nieustannej pogoni za tzw. szczęściem. Wracając do pytania, pewnie gdybym miał górę pieniędzy, zabawiłbym się w anonimowego świętego Mikołaja.


Niech żyje Bal! Bo to życie to Bal jest nad Bale!

– Piszesz teksty skrojone na miarę, poruszasz się swobodnie w różnych formach i stylach, prowadzisz systematycznie kilka grup na Facebooku, krótko mówiąc: sukces goni sukces, a przy tym jeszcze stać cię na ludzkie heheszki, tak prywatnie, bez nadęcia. Jak podchodzisz do tej lawiny obowiązków, z którą mierzysz się każdego dnia? Czy to jeszcze zdrowa motywacja, czy już pracoholizm?

– Czasem tak myślę, że to wszystko idzie zbyt dobrze. Dlatego nie zdziwię się, jeśli zakończy się to tak, jak moja przygoda ze skrzypcami, czyli totalną katastrofą. Grunt to optymizm! ;)


Ankieta allegro con brio aż do samego finale

– Mam dla Ciebie jeszcze kilka szybkich strzałów na sam koniec:

Bach czy Debussy?
Cholera, trudny wybór. Chyba bardziej Bach. Brzmi świetnie w każdym rejestrze :)

Poniedziałek rano czy piątek wieczór?
Dla pracoholika to bez znaczenia.

Akordeon czy altówka?
Wiolonczela, serio. Ciągnie mnie do niej. Choć nie wiem, czy produkują je w rozmiarze XXL (na wypadek, gdybym chciał w niej zamieszkać).

Garnitur czy T-shirt?
T-shirt, ale kiedyś, jak się dorobię, to kupię sobie fajny garnitur pasujący do wiolonczeli, na której będę grał Bacha.

Góry czy Mazury?
Góry, bo tam nie ma komarów.

Puzzle czy krzyżówki?
Krzyżówki. Nie mam talentu do puzzli.

D-dur czy d-moll?
Koncert Beethovena czy Wieniawskiego? Trudny wybór. Ale generalnie wolę tonacje mollowe, bo z natury jestem smutasem. Śmiech to tylko przykrywka.


 

Pierwszy wywiad za mną. Mam przeczucie, że ta forma będzie mnie często kusić, a ja nie będę zbytnio się opierała!
Maćku, pozostaje mi publicznie podziękować za chęć rozmowy i poświęcony czas. Wszystkich głodnych większej ilości słów od Macieja Wojtasa odsyłam na jego stronę.