Grzegorz Niemczuk
Rozmowy

Grzegorz Niemczuk: „Na scenie jestem najszczęśliwszym człowiekiem” [wywiad]

Bohaterem wpisu jest Grzegorz Niemczuk.

Można powiedzieć, że znamy się platonicznie. Mimo upływu lat, dla mnie to wciąż „ten zdolny Grześ”, którego pamiętam z opowieści krążących w murach tyskiej szkoły muzycznej.

Ukończyliśmy też tę samą szkołę średnią oraz Akademię Muzyczną w Katowicach.

Jak się okazuje, oboje jesteśmy zaprzyjaźnieni z Muzeum Saturn w Czeladzi, gdzie raz na jakiś czas można nas usłyszeć. Ciągle mijamy się w muzycznym świecie, a jeszcze nigdy nie nadarzyła się okazja, aby porozmawiać.

Nadrabiamy to czym prędzej!



Grzegorz Niemczuk
Grzegorz Niemczuk – fot. ©ARATA AJIO


– Z muzyką Chopina, Szymanowskiego oraz Paderewskiego zwiedziłeś już pół świata i nie zapowiada się, żebyś miał na tym poprzestać. Czy nie czujesz się trochę jak krajowy produkt eksportowy? : )

– Kocham podróże i mogę powiedzieć, że jest to spełnienie moich dziecięcych marzeń. Co ciekawe, na początku wcale nie marzyłem, żeby być pianistą (zresztą w ogóle nie za bardzo wiedziałem, jak ten zawód właściwie wygląda!), ale za to zawsze bardzo chciałem być podróżnikiem. Jako dziecko zaczytywałem się w książkach podróżniczych, a nawet napisałem kilka swoich! Dopiero później nieco zmodyfikowałem mój pomysł na życie, ale okazało się, że te dziecięce marzenia mają taką moc, że i tak się przebiły i zrealizowały. I to jest piękne!

Nie gram wyłącznie muzyki polskiej, choć to prawda, że gram jej sporo. Nigdy nie myślałem o sobie jako o „produkcie eksportowym”, ale faktycznie nie raz słyszałem po koncertach od rodaków w różnych częściach świata, że jestem takim „ambasadorem”, z którego oni wszyscy są dumni. To bardzo miłe!


– Podróże to Twoja codzienność. Masz więc spory ogląd i porównanie. Czego brakuje polskiej scenie muzycznej? A może wcale nie wypadamy tak źle?

– Przez to, że podróże to moja codzienność, nie orientuję się zbyt dobrze w polskiej scenie muzycznej! Interesujące, że gdy zacząłem grać na całym świecie, właściwie przestałem grać u nas. I to bynajmniej nie dlatego, że nie chcę… Ale opowiem Ci o moich przemyśleniach po pierwszej wizycie na festiwalu w Nowym Jorku. To był rok 2008, skończyłem wtedy trzeci rok studiów. Wysłuchałem tam 12 recitali fortepianowych i po każdym z nich nie mogłem się ruszyć z wrażenia… Nie mogłem wstać z krzesła. Takich artystów w Polsce niestety wcześniej nie słyszałem (a chodziłem na wszystkie możliwe koncerty). To była szokująca wręcz różnica, nie do opisania słowami. Oczywiście teraz to się zmienia na lepsze i coraz częściej odwiedzają nas artyści z najwyższej półki. Ale moim zdaniem ciągle jest to za mało.


– Pewnie znasz ten żart:

Nowy Jork. Przechodzień pyta taksówkarza:
– Przepraszam, jak dostać się do Carnegie Hall?
– Panie! Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć…!

Ty się tam znalazłeś w 2013 roku. Dla wielu muzyków to miejsce pozostaje wyłącznie w sferze marzeń. Jakie kolejne poprzeczki może sobie stawiać artysta, który już to ma, który już tam był, który zgarnął nowojorskie owacje?

– Występ z orkiestrą w Carnegie Hall był faktycznie magiczny. Nie nazwę tego spełnieniem marzeń, bo takich nawet nie miałem! Ale powiem Ci, że tak naprawdę to nie jest dla mnie najważniejsze. Ja kocham muzykę i kocham dzielić się nią z ludźmi. Za cele nie stawiam sobie występów w konkretnych salach, ale utwory, których chcę się nauczyć i zaprezentować publiczności. Kariera nie jest i nigdy nie będzie dla mnie celem samym w sobie. Ja nie mam osobowości „artysty” któremu należy „bić pokłony” za to, co osiągnął albo co prezentuje. Wręcz przeciwnie! Jako pianista czuję się jak sługa, starając się dawać ludziom radość z moich interpretacji, poszerzać ich wiedzę, zbliżać do muzyki i dzielić się z nimi moją do niej miłością.


– Podróżując, zarzucam futerał ze skrzypcami na plecy i nie wyobrażam sobie grać koncertu na przypadkowym instrumencie. Ty jednak musisz się z tym mierzyć. Zdradź, proszę, jakie fortepiany lubisz najbardziej. Które są dla Ciebie najbardziej łaskawe?

– Faktycznie! Jak ja często zazdroszczę smyczkowcom, dęciakom, śpiewakom! Ja, gdzie nie pojadę, mam inny instrument, nigdy do końca nie wiem jaki on będzie. Oczywiście, gdy gram w Japonii czy w Nowym Jorku to mam 100% pewność, że będzie to instrument najwyższej klasy, ale już np. w Peru, Ekwadorze, Malezji, Afryce czy na Jamajce instrumenty są nieprzewidywalne. Dla mnie wzorem jest rosyjski pianista Światosław Richter, który grał na wszystkim, nawet na pianinach – wszędzie, gdzie tylko chcieli go słuchać. Nigdy nie wybrzydzał na instrumenty. I ja jestem podobny. Na każdym instrumencie staram się uzyskać mój ideał, który słyszę wewnątrz siebie. Ale jeśli miałbym wybierać, to najbliższe są mi fortepiany Fazioli, ostatnio odkryłem również nowe koncertowe Bechsteiny. Oczywiście bardzo lubię też Steinway’e czy Shigeru Kawai. Ostatnio w Tokio trafiłem też na fenomenalny model Boesendorfera…

Najbardziej w fortepianach cenię sobie ich wrażliwość na mój dotyk – to, jak bardzo reagują zmianą barwy na najdelikatniejszą zmianę dotyku. Jeśli są wrażliwe, wówczas mogę wytwarzać setki kolorów i mam największą satysfakcję z grania.

 


– Od wielu lat trwasz w przyjaźni z klawiaturą fortepianu. Czy nigdy nie ciągnęło cię w inną stronę? Próbowałeś kompozycji, dyrygowania, a może czegoś kompletnie odmiennego stylistycznie?

– Owszem! Bycie kompozytorem również było moim marzeniem! Chciałem nawet studiować kompozycję ale mój profesor Józef Stompel odwiódł mnie od tego pomysłu. Mówił, że kompozytorem mogę zostać zawsze, ale jak nie będę ćwiczył (bo wciągnie mnie komponowanie), to już nigdy pianistą nie zostanę. Myślę, że miał rację. Dodatkowo, nie jestem fanem muzyki współczesnej. Wszystkie moje kompozycje były w stylistyce neoromantycznej. Wątpię, żeby to podobało się wykładowcom wydziału kompozycji! Według mnie muzyka powinna zawsze poruszać, wywoływać pozytywne emocje u słuchaczy. Filozofia dysonansów jako środka wyrazu zupełnie do mnie nie przemawia.


–  Znasz smak zwycięstwa. Czy którykolwiek z konkursów otworzył przed Tobą zupełnie nową ścieżkę kariery? Czasem zastanawiam się, czy w naszych czasach sukces pierwszej lokaty nie kończy się po tuż po koncercie laureatów…

–  Wszystko zależy od tego, jak umiejętnie „użyje się” tych nagród. Jeśli ktoś wygra konkurs i myśli, że nagle wszystko samo zacznie się toczyć, to niestety jest w błędzie. Oczywiście są pewne konkursy, które to gwarantują – ale faktycznie jest ich coraz mniej. Dla mnie konkursy były zawsze okazją do poznawania ludzi, innych artystów, a także do promocji mojej osoby. Każdy wygrany konkurs dawał mi jednak coś bezcennego: wiarę w to, że to co robię jest dobre w oczach innych osób.

Ale była też druga strona medalu, o której najczęściej w wywiadach się nie mówi: każda porażka w konkursie niszczyła tę wiarę w siebie. Było kilka takich momentów w życiu, kiedy było mi bardzo trudno, kiedy właśnie werdykty jury próbowały pokazać mi, że nie powinienem tego robić, że to jest nic nie warte. Ale piękne było to, że po takim zbombardowaniu mojego wnętrza wszystko zostało zniszczone z wyjątkiem jednego – MIŁOŚCI DO MUZYKI, która jest niezniszczalna. I dzięki niej tak naprawdę odkryłem istotę tego, co robię.


– A jak radzisz sobie ze stresem przed występem? Tylko nie mów, że po trzysta dwudziestym ósmym wyjściu na scenę trema znika, bo nie uwierzę!

– Mam wielkie szczęście, bo zamiast stresu przed występem po prostu ogarnia mnie wielka radość. Na scenie jestem najszczęśliwszym człowiekiem, bo kocham to co robię! Daję słuchaczom prezent w postaci mojej muzyki – dlaczego więc miałbym się bać? Dzielę się moją miłością do wykonywanych utworów, więc dlaczego miałbym odczuwać stres? Powiem Ci więcej: gdybym faktycznie miał stres, nie byłbym pianistą. Wybrałbym coś, co sprawia mi przyjemność, a nie męczy mnie i stresuje. Jest tyle innych pięknych zawodów! Nie boję się też negatywnych recenzji, bo sam jestem swoim największym krytykiem.


– Większość swojego czasu spędzasz kreując muzyczną rzeczywistość pomiędzy białymi a czarnymi klawiszami. Czy w związku z tym jesteś typem samotnika?

– Faktycznie, bardzo dobrze czuję się w swoim własnym towarzystwie. Pianista solowy to taki szczególny muzyk, który większość czasu spędza sam na sam z instrumentem. Nie gramy w orkiestrach czy w zespołach (w każdym razie bardzo rzadko). Ale z drugiej strony ja jestem też osobą towarzyską i uwielbiam poznawać nowych ludzi.


Twoje plany koncertowe na najbliższe miesiące obejmują m.in. Japonię, Norwegię, Kolumbię czy Ekwador. Jak dotrzeć do tak odmiennej kulturowo publiczności? Czy w takiej Ameryce Południowej, na przykład, ludzie chłoną romantyczną twórczość Fryderyka Chopina?


– Muzyka naszego Chopina kochana jest absolutnie na całym świecie! Latynosi to bardzo wrażliwi i romantyczni ludzie – muzyka Chopina porusza ich do głębi i wywołuje silne emocje. Z kolei Japończycy to naród, który kocha Chopina bardziej niż my. O tym można by napisać książkę, jak wielkie szaleństwo chopinowskie panuje w tym kraju. Ostatnio dostałem nawet w prezencie zieloną herbatę „Chopin”. Na pytanie, dlaczego tak się nazywa, powiedziano mi, że ta herbata gdy rośnie na plantacji, to cały czas „słucha” muzyki Chopina… To piękne! A po usłyszeniu tego od razu pomyślałem, że można by ten sam pomysł zastosować z naszymi jabłkami albo ziemniakami…


– A dokąd wracasz z tych wszystkich podróży? Odwiedzasz jeszcze rodzinne Tychy?

– Nadal jeszcze mieszkam w Tychach, ale jeszcze tylko dwa miesiące. Potem przeprowadzam się bliżej moich ukochanych gór…

 


Ankieta allegro con brio aż do samego finale

Grzegorz Niemczuk w ogniu pytań…

– Mam dla Ciebie jeszcze kilka szybkich strzałów na sam koniec:

– Mozart czy Czajkowski?
– Czajkowski od zawsze jest moim nr 1!!! Ale On przecież kochał się w Mozarcie (i tylko jego cenił…)

– Kawa czy herbata?
– Zależy od pory dnia

– D-dur czy d-moll?
– Zależy od kompozytora

– Nieskazitelny porządek czy artystyczny nieład?
– Artystyczny nieład

– Horror czy komedia?
– Książka

– Góry czy Mazury?
– GÓRY!


Grzegorzu, bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i inspirującą rozmowę! 

 

Więcej o tym, gdzie w najbliższym czasie można posłuchać Grzegorza, znajdziecie na jego stronie www, a jeśli dzięki tej rozmowie czujecie się wciągnięci w jego świat i chcecie śledzić najnowsze nagrania, sukcesy i wieści z podróży na bieżąco – fanpage czeka! Przybywajcie i lajkujcie, bo warto!


Ciekawy wpis? Udostępnij go lub postaw mi kawę!